Deon Meyer - Martwi za Życia


Autor: Deon Meyer
Tytuł: Martwi za Życia
Ilość stron: 327
Wydawnictwo: Amber
Opis: tutaj
Gatunek: dramat/kryminał/sensacja
Kraj: RPA
Rok wydania oryginalnego: 1999/PL: 2008


Od dawien dawna nie zdarzyło mi się czytać żadnego kryminału, zatem sprezentowanie mi takowego gatunku przez Olę stało się idealną okazją do powrotu w te rejony literatury.

Przyznam, że nie spodziewałam się fajerwerków. Smaczkiem było za to, że Deon Meyer pochodzi z Republiki Południowej Afryki i realia swojej książki tam właśnie osadza. Jest to dla mnie szczególnie wartościowe, gdyż jednym z wyzwań literackich, jakie sobie wymyśliłam, jest przeczytanie książki z każdego państwa świata i RPA do tej pory na mojej liście ✓ dotychczas nie było.

Mam przed sobą standardowy format wydawnictwa Amber w twardej oprawie. Otwieram książkę i moim oczom ukazuje się fotografia z okładki na jej wewnętrznej stronie z tym, że większa i na matowym papierze. Jest dobrze. Dodatkowo jestem zadowolona z jakości i gramatury papieru - to bardzo ważne i zawsze przykładam do tego uwagę.

Co w środku? Wielkim plusem jest podział na minirozdziały - szalenie wygodne do kilkuminutowego czytania w komunikacji miejskiej. Nie chcę jednak rozpłynąć się dla zachwytu w kwestii technicznej, co by nie przyćmiła treści. A zatem...

Kapsztad początku XXI wieku nawiedza seryjny morderca, zmieniający swoją tożsamość i nie pozostawiający po sobie żadnych śladów prócz nabojów z zabytkowego pistoletu. Sprawę ma rozwiązać kapitan Mat Joubert, niegdyś uznany detektyw, teraz pogrążający się w depresji po śmierci żony. Sytuacji nie ułatwia zmiana przełożonego - staje się nim czarnoskóry pułkownik Bart de Wit, niezmiernie irytujący Mata i jego kolegów swoim Scotland Yardowskim podejściem do zawodu policjanta i paroma innymi nawykami.

Pierwszym, na co zwróciłam uwagę, jest fantastyczne tłumaczenie, niesamowicie bogate w składnię i zasób słów, niecodzienne metafory i konstrukcje zdań. Dzięki temu pan Meyer z marszu zyskał sobie moją sympatię i uznanie.

Chciałabym też wyjaśnić, skąd przemianowanie książki z serii kryminalnej na dramat. Sądzę, że kwestia seryjnego mordercy jest tak naprawdę wątkiem drugoplanowym, czymś co napędza akcję, jednak na pierwszy plan wysuwa się historia Jouberta i brzemię, jakie nosi on i każdy z jego kolegów z policji.

Co więcej, Deon Meyer ma zarówno talent, jak i upodobanie, do brania pod lupę ludzi skrywających całą paletę nieszczęść. Mroczne sekrety, myśli którymi poszczególni bohaterowie  nigdy nie podzielą się z najbliższymi i dramatyczne momenty śmierci (poruszająca śmierć Ferdy'ego Ferreiry, historia Hester Clarke).

Na szczególną uwagę zasługują kobiety otaczające Mata: niezbyt subtelnie kusząca osiemnastoletnia córka sąsiada - grabarza - Bonnie, seksowna i bezpośrednia pani kryminolog Anna Boshopp, krucha i delikatna psycholog Hanna Nortier, a nade wszystko Lara Joubert, nieżyjąca żona bohatera.


Chyba właśnie dlatego, że autorem książki jest mężczyzna, zagubienie i nieporadność Jouberta widać czarno na białym ;) Śledzenie tego, jak (nie)radzi on sobie z wyżej wymienionymi przedstawicielkami płci pięknej było równie fascynujące, jak śledzenie seryjnego zabójcy z Cape Town.


Akcja jest tym bardziej skomplikowana, że mamy do czynienia z dwoma seriami przestępstw jednocześnie i nie ma podstaw by potwierdzić bądź wykluczyć, iż nie powoduje ich ten sam sprawca. Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na fakt, że złodziej napadający na banki jest narratorem pierwszoosobowym - w przeciwieństwie do całej reszty historii, opowiedzianej w trzeciej osobie. O poczynaniach mordercy w czasie rzeczywistym pojęcie mamy nikłe, dowiadujemy się o nich raczej z działań policji.

A właśnie, wracając do klu całej sprawy - zaskoczenie, jakie serwuje nam w finałowych rozdziałach autor, czyni z niego jednego z moich ulubionych pisarzy. Bez znaczenia jest tu, że Deon Meyer nieco oszukuje czytelników, również z zacięciem detektywistycznym.
I tak moja wyżej wymieniona sympatia i uznanie dla jego pisarskiego kunsztu góruje nad małym foszkiem za tę zabawę w kotka i myszkę z nami, czytającymi.

Żeby nie rozpłynąć się w zachwytach nad Martwymi za życia przyznam, że miałam jeden moment nieogarnięcia, którego nie rozumiem do tej pory. Mianowicie, książkę napisano u schyłku lat 90tych, natomiast akcja rozgrywa się w roku 1996. Jakim cudem wcześniej wspomniane są wydarzenia z 11 września (2001)? Tego chyba już nie pojmę.
Jest to jedyna wypatrzona przeze mnie (południowoafrykanonieznawcę) nieścisłość i więcej czepiać się nie zamierzam.

Podsumowując: jest mega cacy!

Martwi są tu dzięki Wydawnictwu:


A mój egzemplarz sprezentowała mi pod choinkę 
moja ukochana Ola :)

Posted in , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. RSS feed for this post.

Leave a Reply

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...