Jakub Żulczyk - Zrób mi jakąś krzywdę

Autor: Jakub Żulczyk
Tytuł: Zrób mi jakąś krzywdę
Ilość stron: 166
Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża
Opis: tutaj
Gatunek: proza obyczajowa
Kraj: Polska
Rok wydania oryginalnego: 2006/moje: 2013

O Zrób mi jakąś krzywdę słyszałam naprawdę, naprawdę dawno, ale dopiero natłok cytatów z tejże książki na soup.io popchnął mnie od sięgnięcia po tę lekturę. W międzyczasie (pomiędzy zamiarami a działaniem) działo się tu sporo literackich historii, a mój stosunek do Zrób mi jakąś krzywdę ewoluował z miejscami przytłaczającego zaciekawienia do sporadycznych zrywów "chcę, muszę, teraz i natychmiast!". No i w końcu stało się - jestem już po zapoznaniu się z debiutancką powieścią Jakuba Żulczyka i...

Co by nie sądzić o jego książkach, to sam pan Żulczyk jest wielowymiarową postacią - poza działalnością dziennikarską na łamach m.in. Lampy, Machiny, Exclusiv, Wprost czy Elle, jest także współautorem audycji Instytut Prosto w Radio Roxy (wraz z Sokołem) oraz - oczywiście - pisarzem. Po głośnym i zakończonym sukcesem starcie swojej debiutanckiej powieści Zrób mi jakąś krzywdę Żulczyk poszybował na stronach swoich kolejnych powieści w coraz mroczniejszą stronę, w kierunku Instytutu i Zmorojewa, ale o tym innym razem. A, byłabym zapomniała - jeszcze w ciągu tego roku ukaże się nowa powieść Jakuba Żulczyka - prace w toku!

Jeśli zaś chodzi o wizualną stronę mojego (czwartego już) wydania debiutu literackiego naszego autora dnia, to jest dość standardowo - dobrze nam znany format i broszurowa oprawa, natomiast projekt okładki został całkowicie zmieniony i ciężko mi zdecydować  czy to na plus czy na minus względem pierwotnej wersji. Jest inaczej. Wersja z 2006 roku jest bardziej komiksowo - reklamowa, natomiast z 2013 oldschoolowa, geometryczna i symetryczna zarazem, a asceza kolorów przywodzi mi na myśl okładki z lat 70tych i 80tych. Podkreślić muszę nawiązanie tejże wersji do podtytułu książki, której pełen tytuł brzmi Zrób mi jakąś krzywdę czyli wszystkie gry video są o miłości. A wewnątrz... Wewnątrz mamy grę składającą się z 8 leveli, zamkniętych w intro i outro. Wciskam za Was start.

Dwudziestopięcioletni Dawid wraz z kolegami i mniej lub bardziej przygodnie poznanymi koleżankami świętuje zaliczenie kolejnej sesji gdzieś na Mazurach. Sposób celebracji jest prosty: zachlać, zapoznać, zaliczyć, zapomnieć. Lecz oto staje się cud i nasz aspirujący magister prawa zakochuje się. Zakochuje się miłością beznadziejną, bo w 15-latce. Na domiar złego to młodsza siostra jego przyjaciela, która Dawida jednakowo fascynuje, jak i przeraża. Chłopak gotowy jest przekreślić swoje dotychczasowe życie decydując się na mogący być fatalnym w skutkach krok, jakim jest uprowadzenie nastolatki.

Tak oto Dawid i Kaśka zaczynają swoje wakacyjne wojaże po nadmorskich kurortach, spotykając na swojej drodze kwiat polskości - od dresiarzy, przez prywatnych detektywów aka ruską mafię po aktorów kręcących naturalistyczne porno. Nasz bohater musi chronić swoją ukochaną przed czyhającymi wszędzie niebezpieczeństwami i pokusami, ale czy zdoła uchronić Kaśkę przed nią samą? 

Tutaj moje streszczenie opowieści się zamyka, ale skupię się na czymś ważniejszym - samej formie, w jakiej Żulczyk zaprezentował nam tę, chciałoby się rzec, banalną historię. Natłok metafor, porównania eksplodujące z każdego zdania i każdego wersu - jednych może to fascynować, innych przytłaczać. Kwiecisty styl autora bez wątpienia odróżnia go od innych pisarzy, jednak nie jestem pewna, czy nie za dużo tu udziwnień. Uważam się za dość błyskotliwą i kumatą osobę, ale momentami ciężko było mi udźwignąć sens zdania i poskładać większy fragment w całość. Z drugiej strony, motywy ucieczki i pościgu, środowiska szczodrze zaprawionego dowolnymi używkami - bez hipermetaforyczności Żulczyka powędrowałyby i zniknęły w natłoku autorów - naśladowców Doroty Masłowskiej, zatem plusy i minusy się równoważą.

Dla mnie najmocniejszym punktem Zrób mi jakąś krzywdę jest samo zakończenie opowieści i chwytająca za serce postać nieporadnego i dobrodusznego Wiktora. Może to kwestia mojego nastroju, ale wszelkie przejawy nieskalania złem świata zewnętrznego (albo nieprzystosowania społecznego, jak zwał, tak zwał) u Pana Wiktora powodowały u mnie reakcje porównywalne z oglądaniem małych zwierzątek w internetach. Podejrzana sprawa, a w dodatku pozostawiam ją Wam do rozważenia. Jedno jest pewne - Żulczyka można albo kochać, albo nienawidzić - pozostać obojętnym nie sposób. Co za tym idzie - strzeżmy się obojętności, czytajmy!

Zrobią Ci jakąś krzywdę:

Moja krzywda wprost z:

Posted in , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. RSS feed for this post.

Leave a Reply

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...